Muzyczna podróż przez życie według Beaty Szałwińskiej

Ta podróż jej się przyśniła. Podróż do Paryża. Podróż po spełnione marzenia. Wzięła więc swój zielony plecak i wyruszyła w daleki świat. Wyruszyła po to, by znaleźć własną drogę. Chciała nie tylko się kształcić, ale przede wszystkim pozwolić światu na to, by ją odkrył i docenił jej muzyczny talent.

Polska pianistka Beata Szałwińska – bo o niej mowa – znalazła pomysł na swoją karierę poza granicami Polski. Sama siebie wymyśliła, idąc trudną, wyboistą ścieżką na sam szczyt artystycznych możliwości. Ufna, otwarta i odważna postanowiła zmierzyć się z wyzwaniami emigracji, gdzie w pewnym sensie musiała rodzić się na nowo każdego dnia, przełamując lęki i bariery kulturowo-językowe. Szybko udało jej się uzyskać stypendium rządu francuskiego, dzięki któremu mogła podjąć studia na prestiżowej paryskiej uczelni, skończyć ją z wyróżnieniem i w końcu podjąć pracę w luksemburskim konserwatorium oraz rozpocząć samodzielną karierę pianistki, kameralistki i wirtuozki, docenianej na całym świecie i współpracującej z najlepszymi muzykami na świecie.

Teraz z perspektywy dwudziestu lat spędzonych za granicą jest pewna, że, choć czasem bardzo tęskni za Polską, choć bywa jej ciężko i samotnie – to jednak było warto podjąć kiedyś decyzję o wyjeździe. Życie poza Polską ją rozwinęło, ukształtowało, dało większy dystans do ziemskim spraw i siebie samej. Fakt, że jest obywatelką świata, napawa ją ogromną satysfakcją i dumą  i nie zmieniłaby ani jednej chwili swojego kolorowego życia artystki rozsławiającej Polskę na światowych scenach poprzez muzykę.

Kiedy przyjechałam do Paryża, przez dwa tygodnie nie miałam gdzie spać – opowiada Beata Szałwińska i uśmiecha się na to odległe wspomnienie. Tułałam się po znajomych, aż któregoś dnia wylądowałam na przystanku autobusowym ze swoją smutną walizką, cała we łzach – na tę noc nie miałam żadnego planu, żadnego pomysłu na to jak znaleźć dach nad głową… I gdy tak siedziałam, nagle podjechał na motocyklu pewien mężczyzna, który zapytał jak może mi pomóc… Okazał się artystą malarzem z Chin – zaproponował, bym zamieszkała u jego ciotki w jednej z paryskich herbaciarni…

Ta historia brzmi jak przygoda. I takie jest życie w obcym kraju, z czym mierzyli się wielcy artyści chyba od zawsze, podobnie jak Chopin czy Mickiewicz, szukając inspiracji w miejscach poza krajem urodzenia. Wielka Emigracja w pewnym sensie wciąż trwa, choć teraz wyjeżdża się na szczęście z innych powodów niż w czasach rozbiorów.

Ja wyjechałam w pogoni za marzeniem, dość spontanicznie – tłumaczy swoją decyzję o życiu poza Polską Beata Szałwińska. Zawsze ciągnęło mnie do wielkiego świata muzyki, czułam, że muszę wyrwać się ze schematu kariery dla pianistów, jaki był propagowany w Polsce w czasach, gdy dorastałam. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że może być mi tam trudniej, ale już taka zawsze byłam – niepokorna i dzika – ku przerażeniu moich rodziców… – śmieje się artystka.

Beata Szałwińska szybko zdała sobie sprawę z tego, że aby zaistnieć w muzycznym środowisku Francji, nie tylko trzeba być wyjątkowo interesującym człowiekiem, ale też biegle posługiwać się językiem, być sto razy bardziej pracowitym i wielce zdeterminowanym. To jest tak, że musimy codziennie siebie pokonywać – przyznaje pianistka. Szczególnie w sytuacji, gdy jedziemy zupełnie w ciemno, gdy nikt na nas nie czeka. Wtedy pojawia się lęk i samotność i trzeba naprawdę mocno wierzyć w siebie, w swój talent i możliwości, by nie dać się pokonać przeróżnym obawom, wątpliwościom i zwątpieniu, które tylko czyhają, by nas zepchnąć z obranej drogi. Na pewno trzeba mieć jasno postawiony cel – takie światełko w tunelu, do którego się dąży – wtedy jest łatwiej…

Moim światełkiem było stypendium rządu francuskiego, które udało mi się uzyskać, dzięki czemu mogłam utrzymać się podczas studiów w Ecole Normale de Musique w Paryżu. A potem… moje losy potoczyły się już płynnie i zaniosły do Luksemburga, gdzie postanowiłam zostać i gdzie mieszkam do dziś wraz z moją rodziną, przyjaciółmi i psami. A do Polski przyjeżdżam często – to wcale nie jest tak daleko!

Pewność siebie i wiara w swój talent – oto siła napędowa sukcesu, który da nam wyjątkową satysfakcję i spełnienie w życiu. Warto mieć na siebie pomysł, rozwijać go i żmudnie pracować nad tym, by każdego dnia wchodzić coraz wyżej na swój indywidualny szczyt.

Przede wszystkim trzeba mieć odwagę i żyć w zgodzie z samym sobą – tak, by zawsze móc popatrzeć na siebie w lustrze z uśmiechem – uważa Beata. Ludzie robią tak zwane kariery w bardzo różny sposób, często pod skrzydłami sławnych mężów, czy kochanków – stwierdza. Taki jest ten świat… Niestety wielu z nas szuka dojścia do czegoś na skróty. Ale według mnie absolutnie nie tędy droga!  Najpiękniej jest osiągać  swoje szczyty zupełnie samodzielnie, po swojemu i na przekór wszelkim przeciwnościom losu. I trzeba być w tym wytrwałym. Dopiero wtedy pojawia się nagroda w postaci prawdziwego spełnienia artystycznego.  Dopiero wtedy można mieć wreszcie komfort robienia tylko tego, co się kocha, a do tego czyste sumienie, że do wszystkiego doszło się w uczciwy sposób.

Beata Szałwińska to wszechstronna pianistka, obdarzona wielką muzyczną osobowością. Jej twórczość charakteryzuje się mieszaniem różnych stylów i gatunków muzycznych, co sprawia, że fascynują się nią nie tylko miłośnicy klasycznych brzmień. Swoich fanów Beata Szałwińska znajduje również wśród pasjonatów jazzu i muzyki rozrywkowej, co idealnie wpisuje się w jej głębokie przekonanie, że każdy prawdziwy artysta bezustannie poszukuje swojej indywidualnej drogi i wypowiedzi.

Artystka jest też założycielką ACONCAGUA PROJECT –  projektu muzycznego, którego celem jest interpretacja i rozpowszechnianie repertuaru Astora Piazzolli, jednego z twórców argentyńskiego tanga, łączącego muzykę klasyczną z innymi gatunkami i stylami muzycznymi.

W ubiegłym roku Beatę Szałwińską uhonorowano prestiżową statuetką Charyzmatyczna Osobowość Muzyczna Promująca Polskę na Rynkach Międzynarodowych za jej dotychczasowe dokonania w dziedzinie kultury.