Środy z The Story of film

Podczas wakacji odbędzie się cykl – Środy z The Story of film. Pokazane zostaną wszystkie 15 części w kolejności chronologicznej o godzinie 18:00 w każdą środę. W magiczny świat historii kina wprowadzi Mark Cousins. 

„The Story of Film – Odyseja filmowa” to projekt zupełnie wyjątkowy – złożona z 15 części i obejmująca 12 dekad – historia kina dziejąca się na 6 kontynentach. Jego niezwykłość polega również na tym, że to bardzo subiektywna opowieść Marka Cousinsa, irlandzkiego reżysera, wybitnego krytyka filmowego i wielkiego pasjonata kina.

Ta zakrojona na olbrzymią skalę produkcja jest adaptacją książki Cousinsa o tym samym tytule. Ekipa „The Story of Film” odwiedziła kluczowe dla rozwoju sztuki filmowej miejsca i przeprowadziła wywiady z jej wielkimi osobowościami, wśród których znaleźli się m.in. Stanley Donen, Gus van Sant, Lars von Trier, Roy Andersson, Claire Denis, Bernardo Bertolucci, Robert Towne, czy Jane Campion. 

– Kino jest dla mnie wszystkim – mówi Mark Cousins. – Dzięki niemu moje życie stało się lepsze, więc teraz chciałbym spłacić ten dług. Dla chłopca, który wychowywał się w latach 70. na ulicach pogrążonego w wojnie Belfastu kino było ucieczką. Dzięki niemu uspokajałem się, zwiedzałem rozmaite miejsca. Uświadamiało mi ono czym są wartości, ale też frustracje. Kino sprawiło, że tańczyłem, śpiewałem i miałem ciarki. Dzięki niemu czułem się żywy w czasach i miejscu, które było zaprzeczeniem życia. Będę za to zawsze wdzięczny i dlatego, w ramach podziękowania, postanowiłem zrealizować pierwszy w historii dokument, który opisze dzieje kina przez pryzmat innowacji, które się w nim dokonywały.

JAK POWSTAŁO „THE STORY OF FILM”

W 2001 roku napisałem do magazynu „The Independent” artykuł o tym, że ktoś powinien napisać historię kina, która byłaby czymś na kształt słynnej „Historii sztuki” E.R. Gombricha. Miałem wizję książki wolnej od fachowego żargonu i przeznaczonej dla niewtajemniczonych czytelników, głównie młodych. Wkrótce po tym tekście wyruszyłem swoim kamperem w podróż od Szkocji do Indii. W jej trakcie wydarzył się 11 września, a ja akurat byłem w Iranie i Kurdystanie. Spędziłem tam trochę czasu, a moje życie diametralnie się zmieniło.

Kiedy wróciłem – dużo chudszy i na zawsze odmieniony – czekał na mnie list. List, w którym proponowano mi napisanie książki, o której mówiłem w tekście dla „The Independent”. Przyjąłem tę propozycję. Praca zajęła mi 11 miesięcy. Siadłem w pokoju i pisałem, podczas gdy bokobrody same rosły. Gotowa książka – „The Story of Film” – została opublikowana, co samo w sobie było dla mnie zaskakujące, a potem przetłumaczona na inne języki. Widziałem ją w księgarniach w Pekinie, Meksyku, Tokio i Los Angeles. Robiłem sobie nawet zdjęcia z tymi wydaniami. Moje dzieło ruszyło w świat.

W 2005 roku mój producent, John Archer, zasugerował żeby zrobić na jej podstawie film dokumentalny. Pomyślałem, że zwariował, bo ten film musiałby być długi. Trzy godziny wydawały mi się absolutnym minimum. Miało się okazać, że bardzo się myliłem. Dostaliśmy fundusze na development od programu Media i od Scottish Screen. Wykorzystaliśmy je na zrobienie zdjęć w Kairze, gdzie filmowaliśmy siebie w dość niezobowiązującej atmosferze. Potem pojawiły się pieniądze z UK Film Council i mogliśmy nakręcić więcej materiału w Japonii, Indiach, Chinach, Hongkongu. Wtedy dodatkowe pieniądze dostaliśmy z programu telewizyjnego More 4 i nagle okazało się, że film faktycznie może powstać. Byliśmy w trakcie jego produkcji. Kręciliśmy historię kina.

Film powoli zaczął się wyłaniać, a ja mogłem w końcu dostrzec czym był: rzeczą pełną pasji, napędzaną tęsknotą za wędrówką. Nie używałem stopklatek z filmów, czy grafik, nie robiłem zbyt wielu wywiadów. Filmowałem za to o świcie i o zmierzchu, sięgając często po komentarz z offu, próbując osiągnąć coś na kształt latarni magicznej. Odwiedziliśmy miejsca, gdzie powstały wielkie filmowe dzieła: Kalkuta w Indiach znana z filmów Satyajita Raya, studia Toho w Tokio, gdzie wędrowaliśmy też śladami Kurosawy, akademię filmową w Pekinie ze względu na chińskie kino z lat 80., stare studia filmowe w Los Angeles, kanały Paryża, gdzie zrealizowano wiele wspaniałych filmów w latach 30.

Szybko okazało się, że ten film powinien być zdecydowanie dłuższy niż trzy godziny, o których myślałem. Sześć godzin okazało się właściwsze, a potem osiem, dziewięć, dwanaście i w końcu piętnaście. I wzrosło tempo. Zaczęliśmy wręcz przeskakiwać z miasta do miasta, przemieszczać się między krajobrazami. Skala przedsięwzięcia też rosła. Miałem wrażenie, że tempo życia skoczyło z 25 klatek na sekundę do 50, a potem 100. W „The Story of Film” znalazło się blisko 1000 fragmentów filmów. Żeby je wybrać musieliśmy obejrzeć te filmy w całości, potem nakręcić osobę albo miejsce z nimi związane, żeby uświadomić dlaczego akurat ten film i fragment są ważne, potem umieścić to w kontekście całości, zmontować to, zmontować raz jeszcze, dopasować formaty, podłożyć napisy, nagrać komentarz, zmiksować dźwięk. Nad każdym takim fragmentem pracowaliśmy około 20 godzin. Co daje w sumie 20 000 godzin pracy nad nimi samymi. To 375 tygodni. Siedem lat.

W miarę, jak „The Story of Film” rósł, zaczynałem dostrzegać też inne rzeczy. Włosy mi posiwiały. Cała ekipa miała sny o poszczególnych fragmentach filmu, lokacjach, przejściach montażowych. Przez to, że podróżowałem po świecie, a nie siedziałem przy biurku robienie filmu wydawało mi się większym przedsięwzięciem niż pisanie książki. Kręciliśmy na przykład napis Hollywood o zmierzchu albo Wielki Mur w Chinach. Zamiast pisać o Stanleyu Donenie, reżyserze „Deszczowej piosenki”, czy Bernardo Bertoluccim, twórcy „Konformisty” i „Strategii pająka”, spotykałem ich i rozmawiałem. To jest o wiele więcej niż samo pisanie. Czułem jakbym dotykał tych filmów.

Co jeszcze objawiło mi się w trakcie prac nad filmem? Odkryłem, że gdziekolwiek się wybierałem w związku z projektem – Los Angeles, Telluride, Paryż, Moskwa, Dakar, Senegal, Teheran, Londyn, Tokio – nasz film już tam był, czekał jak komitet powitalny, czyniąc swą magię. „The Story of Film” było dla mnie odyseją. Kiedy zaczynałem byłem po trzydziestce, dzisiaj mam 46 lat. Dzięki niej odwiedziłem Burkina Faso, grób Yasujiro Ozu i ulice Kalkuty o świcie. Do końca życia zapamiętam cięty język Stanleya Donena, piękno Sharmili Tagore, Jane Campion opowiadającej o scenie z „Anioła przy moim stole” i wspaniałego reżysera Youssefa Chahine’a przepowiadającego w Kairze upadek Hosni Mubaraka na pięć lat zanim stało się to faktem. 

Mam nadzieję, że w „The Story of Film” czuć emocje. 
Mark Cousins